Skocz do zawartości

ordoking

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    2
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0 Neutralna

O ordoking

  • Tytuł
    Nowicjusz
  1. Postanowiłam napisać tego posta trochę przekornie, ale mam nadzieję, że chociaż kilku osobom da to do myślenia i chociaż kilka osób nie zmarnuje czasu na studiowanie dziennikarstwa jak ja. Te studia są tak beznadziejne, jak mówią absolwenci. Też kiedyś myślałam, że opinie są przesadzone. Kiedy na nie szłam, było w końcu kilkanaście osób na miejsce. Studia nazywały się wtedy dziennikarstwem i komunikacją społeczną, a nie dziennikarstwem i medioznawstwem, ale to jeden pies, trochę zmienili nazwy przedmiotów, ale program jest niemal identyczny. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że dziennikarstwo było ok jak specjalizacja na innych kierunkach, na przykład na polonistyce, bo filologia polska to przynajmniej jakaś dziedzina wiedzy akademickiej, a równia pochyła zaczęła się, kiedy zrobili z tego osobny kierunek. Bo jest to kierunek bez pomysłu, składa się głównie z zapychaczy, wstępów do różnych rzeczy, a to do socjologii, a to filozofii, mikro- i makroekonomii, prawa. Na tych zajęciach prowadzący przeważnie czytają swoje slajdy, na których znajdują się definicje podstawowych pojęć z tychże dziedzin, ze slajdów są skrypty i z tego się zdaje egzamin. Do tego dochodzi jakaś powtórka z historii z liceum. Przedmioty tzw. kierunkowe wcale nie są lepsze. I też są nudne i nic niewnoszące. Są jakieś historie prasy i gatunki dziennikarskie, na których też są slajdy i też się uczy definicji, na przykład, co to jest czasopismo. Systemy medialne to też złoto. Uczymy się, jakie są w Polsce stacje telewizyjne, bo przecież chowali nas w lesie i nie wiemy. A na prawie prasowym przez rok czyta się jedną ustawę. Ukoronowaniem tego były technologie informacyjne z Gogołkiem, na których trzeba było się nauczyć definicji programu wirusowego, ale tylko jedynej słusznej definicji wg Gogołka, bo własnymi słowami nie można i za własne słowa jest poprawka. Dodam, że na żadnym z tych przedmiotów nie wymaga się od studenta przeczytania choćby jednak książki. Studia też niestety kompletnie nie są praktyczne. Chyba że liczyć przymusowe praktyki w wydziałowej gazetce PDF, której nikt nie czyta i do której kazali nam pisać, żeby zaliczyć rok. Poza tym był warsztat dziennikarski, ale miałam go z pewnym przygłuchym starszym panem i bardziej to przypominało parodię zajęć niż zajęcia. Dopiero na trzecim roku na specjalizacji można było mówić o jakichś praktycznych zajęciach. Z tymi studiami też jest taki problem, że wszyscy wiedzą, jakie one są. Wszyscy tzn. wasi przyszli starsi koledzy w mediach, którzy najpewniej będą sobie robić z nich żarty. Bo to jest tak, że kiedy przychodzi świeżynka po studiach ekonomicznych, to wszyscy oczekują, że się będzie znała na ekonomii. Kiedy przychodzi świeżynka po studiach polonistycznych, wszyscy oczekują, że będzie umiała sprawdzić tekst i stawiać przecinki. A kiedy przychodzi świeżynka po dziennikarstwie nikt niczego nie oczekuje, bo wie, że niczego nie umiesz. Trochę szkoda trzech lat, żeby startować z tego samego poziomu co ludzie po maturze. Żeby nie było tak pesymistycznie, muszę pochwalić samorząd za świetne imprezy i darmowy alkohol.
  2. Piszę, ponieważ mam nadzieję zebrać jak najwięcej głosów, które pomogą mi w podjęciu decyzji. Za wszystkie opinie będę wdzięczna. Co do tego, że chcę pójść na studia i że ma to być prawo, jestem już zdecydowania. Nie mam natomiast pewności, w jakiej formie i na której uczelni studiować. Gwoli wyjaśnienia, nie jestem tegoroczną maturzystką. Jestem osobą pracującą i nie mogę rzucić pracy, bo jestem na swoim własnym utrzymaniu. Moje godziny pracy są jednak dość elastyczne, mogę też pracować w weekendy, więc nie jestem przywiązana do schematu od poniedziałku do piątku od 9 do 17. Mieszkam w Warszawie. Chyba bardziej pasowałyby mi studia stacjonarne, bo i to i większy prestiż i, nie będę owijać w bawełnę, mniejszy koszt. Za czesne z pięciu lat studiów niestacjonarnych można już kupić niezły samochód, więc na pewno byłoby to dla mnie spore obciążenie finansowe. Poza tym wcale nie mam nic przeciwko, żeby państwo mi coś w końcu zasponsorowało, do tej pory to ja się raczej dokładałam do interesu. Tyle że plan na takich studiach stacjonarnych musiałby być elastyczny, tzn. musiałabym mieć możliwość takiego zapisania się do grup, żeby jakoś zgrabnie poupychać te obowiązkowe zajęcia (ćwiczenia) wieczorami albo w 1-2 dni w tygodniu. Pierwszą uczelnią, o której pomyślałam, jest UW, bo znane i na miejscu. Przyjmują też bardzo dużo studentów, dzięki czemu jest dużo grup zajęciowych do wyboru. Obawiam się jednak rekrutacji, bo wymagają matematyki, która za moich czasów była nieobowiązkowa. Wymagano jej wtedy tylko na stricte ścisłych kierunkach, które mnie nie interesowały, więc jej nie zdawałam. Przez brak jednego przedmiotu mój wynik jednak poważnie spada i chociaż niby jest trochę powyżej progów z poprzednich lat, to jednak może tak być, że się po prostu nie dostanę. Wieczorowe do mnie nie przemawiają, bo jak rozumiem są równie absorbujące jak dzienne i zajęcia ma się razem, a jedyną różnicą jest to, że się płaci i to niemało. W Warszawie jest jeszcze UKSW, ale tam na dzienne przyjmują zdecydowanie mniej osób, więc i tych grup zajęciowych jest mniej. Obawiam się, że nie dałabym rady ułożyć planu tak, żeby nie kolidował mi z pracą. I jeszcze ta lokalizacja, bo jak rozumiem, na prawie zajęcia odbywają się na Wóycickiego, a to straszne zadu… znaczy lokalizacja na tyle oddalona od innych części Warszawy, że dojazd długo mi zajmie. Na UKSW mają też zaoczna i całkiem przyzwoitą ceną, ale na IRK widnieje informacja, że przyjmują po kolejności zgłoszeń. Trochę nie ufam studiom, na które nie ma żadnych wymagań i przyjmują wszystkich, jeśli mam być szczera. I to tyle uczelni w Warszawie, bo na te dobre prywatne mnie nie stać, a na te słabe nie chcę iść. Pomyślałam też o UJ. Plusy: renomowana uczelnia i spokojnie się dostanę. Minusy: nie mieszkam w Krakowie. Można dojeżdżać, jest teraz pendolino i podróż do Krakowa się znacznie skróciła. Ale tu z kolei koszt zaocznych, czyli czesne plus dojazdy i noclegi mógłby się okazać za wysoki. Może więc jednak dzienne? Dużo słyszałam o elastyczności studiów na UJ i o tym, że nawet ćwiczenia nie są tam obowiązkowe i można sobie wybierać, na co chce się chodzić. Zastanawia mnie, jak to wygląda w praktyce. Ostatnią uczelnią, o której pomyślałam jest UŁ, bo to w miarę blisko i dobre połączenie kolejowe, ale jednak mało o tej uczelni wiem, a spotkałam się z opiniami, że tam studia są mało elastyczne i w zasadzie wszystko jest obowiązkowe. Bardzo chętnie posłuchałabym opinii studentów i absolwentów prawa na tych uczelniach. Jak Wam się podobało? Jak oceniacie poziom? Na ile elastyczne były to studia i czy łatwo je połączyć z pracą? Jak wygląda kwestia przepisywania różnych przedmiotów? Kiedyś już coś tam studiowałam i chętnie przepisałabym takie popierdółki, jak lektoraty, WF-y, oguny. Na stronie UJ znalazłam na przykład informację, że WF można przepisać tylko do pięciu lat wstecz, na co niestety się nie łapię, i mnie to zmartwiło, bo jednak jeżdżenie do Krakowa, żeby pograć w siatkę, nie brzmi zachęcająco. Dziękuję wszystkim, którzy wytrwali do końca tego postu.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.