Skocz do zawartości

Ukryta Autorka

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    1
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Odpowiedzi dodane przez Ukryta Autorka


  1. Witam,

    wiem, że ten post jest długi, ale mam nadzieję, że wytrwacie do końca.

    W liceum od pierwszej klasy zafascynował mnie język angielski. Już wtedy zaplanowałam sobie, że pójdę na anglistykę. Na kartkówki, sprawdziany uczyłam się, ale w wolnym czasie nie spędzałam nad angielskim ani minuty dłużej(piosenki się nie liczą). Gdy chciałam zmusić się do obejrzenia filmu po angielsku czy serialu to wewnętrzny głos mówił: "Zrób to później" - to było znacznie wygodniejsze, więc miałam czas na bujanie w obłokach. Ogólnie jestem introwertyczką, jestem trochę leniwa i marzycielska. Codziennie marzę o wielkiej miłości - miałam kilku chłopaków na oku z którymi nie byłam oraz nie wiedzieli o moim istnieniu.
    Nauczyciel od angielskiego potrafił doskonale zmotywować do nauki, wszyscy go lubili, bo miał beztroskie podejście do życia szkolnego. Dostawałam 4 przy wielogodzinnym ślęczeniu nad książkami, nie byłam dobra ze słuchania(tłumaczyłam się, że zdążę się nauczyć). Wydawało mi się, że da się nadrobić, jeśli się chce.

     

    No i dostałam się na anglistykę. Przez całe wakacje nie siadłam ani razu do angielskiego. Gdy przyszedł rok akademicki to na początku byłam zafascynowana, bo to coś nowego. Ale z każdym narastającym materiałem zaczęło mnie to denerwować(szczególnie materiały z literatury, literaturoznawstwa, transkrypcji i kulturoznawstwa). Zmuszałam się wiele razy z mizernym skutkiem, bo rozpraszałam się myślami o czymś innym. Aż w końcu pojawiła się niechęć, nie wiem czy spowodowana brakiem predyspozycji czy obecnym stanem zdrowia psychicznym.

     

    Jeśli chodzi o psychikę to zauważyłam, że dzieje się ze mną coś nie tak. Jestem ciągle smutna, nic mnie nie cieszy i nie czeka. Czuję potworną samotność.

    Zawsze marzyłam o tym, że poznam miłość swojego życia, że będę szczęśliwa. Mam 19 lat i rozpaczliwie dobija mnie fakt, że nigdy nie byłam w związku, nie byłam na głupiej randce. Jedyne gorące uczucie przeżywam w nocy kiedy leżę i wyobrażam sobie co robię z chłopakiem(zazwyczaj obsadzam w tę rolę chłopaków, którzy mi się podobali). Po tym następuje gorycz, że nigdy nie znajdę tego jedynego. Jestem nieśmiała, cicha, głupia, małomówna, na dodatek płaczliwą (ostatnio) i przede wszystkim lękliwą. Większość uwielbia pewne siebie, stanowcze, odważne dziewczyny.

     

    Nie chce tłumaczyć moich niepowodzeń sytuacją z wczesnego dzieciństwa i gimnazjum , ale czy może to mieć coś wspólnego z obecnym życiem? Od dziecka byłam cicha, chyba przerażona. Babcia, która z nami mieszkała na dole często wywierała nacisk na rodzicach, kłóciła się z nimi, próbowała mnie wychowywać. Jak coś przeskrobałam to bez wiedzy rodziców potrafiła mnie zlać paskiem. Zawsze podsłuchiwała moich rodziców w łazience(nadal to robi), przychodziła na nasz teren i grzebała po szafkach(nadal to robi), trzeba było jej słuchać bo robiła awantury, potrafiła swojego syna zwyzywać od "skur*syna" bo zwlekał z przyjściem na dół i inne rzeczy. W podstawówce byłam małomówną dziewczynką, która się wstydziła. W gimnazjum koledzy zaczęli mi dokuczać, bo byłam słaba. Kopali mnie po nogach, uderzali w plecy, zastraszali, małpowali, wyśmiewali, podkładali nogę gdy szłam rozpędzona a kiedy się wywalałam z mocnym hukiem to ich śmiech roznosił się po całej szkole. Ponadto, sprawiali, że czułam się skrępowana po każdym słowie, które powiedziałam - mogłam odpowiadać prawidłowo na pytanie nauczyciela a oni tak to komentowali, żebym się zawstydziła. Dostałam w domu pewnej dziwnej myśli jako gimnazjalistka - ojciec jednego z prześladowcy był elektrykiem i wyobrażałam sobie, że w pokoju są ukryte kamery, które mnie obserwują. Starałam się zasłaniać lampkę, zasłaniałam rolety na wypadek, gdyby chcieli wybrać się pod mój dom. Gdy szłam do koleżanki i musiałam iść przez osiedle, gdzie oni chodzili to szłam naokoło. Wszyscy wiedzieli, że jestem "ofiarą", nauczyciele również - rozmawiali z rodzicami tych prześladowców, gdzie jedna matka oznajmiła, że wychowała "potwora". Czułam się potwornie stłamszona i przybita. Ferie były ulgą. Starałam się z tym walczyć. Czytałam o tym, chciałam to ignorować, odszczekać się, ale to nie wychodziło. Starałam się być niewidzialna tzn mało mówić, znikać, ubierać się tak, aby nie zwracać na siebie uwagi. Unikałam wycieczek szkolnych, wspólnych wypadów.

    W liceum wszystko ustało. Jednak zostało coś dziwnego we mnie - nieświadome napięcie. Mimo, że wiedziałam, że jest bezpiecznie to odczuwałam stres przed nieznajomym. Chciałam mieć wszystko zaplanowane. Ciężko mi było odczytywać cudze intencje wobec mnie, czy przypadkiem się nie nabija ze mnie. Ponadto, wymigiwałam się od wycieczek szkolnych, niechętnie ćwiczylam na wfie izolowałam się z nową koleżanką od klasy.  Były dwie sytuacje, które przywołały mi dręczenie:

    1. Nowy kolega z liceum, który mi nie dokuczał, zabrał mi zakrętkę od tymbarka(głupie wiem). Coś we mnie ukuło, zobaczyłam tego prześladowce(był podobnej postury co nowy kolega w liceum, podobny zarost). Mówiłam sobie, że to raczej w formie żartów i zadziałało po pewnym czasie.

    2. Mieliśmy zajęcia wspólnie z 3 klasami równoległymi. Byli też koledzy prześladowców (z którymi nie miałam kontaktu w gimnazjum, bo mi nie dokuczali). Zaczęli rzucać papierkami po klasie i trafili kilka razy we mnie - rzucając jakieś kąśliwe uwagi. Poczułam się upokorzona przed nową klasą. Ale to było jednorazowy czyn i starałam się zapomnieć o tym.

     

    Jeśli chodzi o relacje międzyludzkie na studiach to jest lepiej. Potrafię podejść do grupy i z nimi pogadać, ale raczej nie jestem śmiała, żeby non stop nadawać - czasami stoję i słucham tylko, czasami coś wtrącę. Czuję mniejszy opór, ale do momentu, gdy grupa chce się spotkać po zajęciach. Czuję niebezpieczny grunt, że mnie nie zaakceptują, że będę siedzieć jak dzikus, który nie będzie się odzywał.

     

    Stancja. Mieszkam z koleżanką z liceum i drugą koleżanką(od 4 klasy) wraz z jej chłopakiem. Problem w tym, że nie potrafię zwalczyć w sobie dziwnego uczucia zazdrości w związku do mojej koleżanki i jej chłopaka. Odczuwam potworną zawiść nie o konkretnego faceta, ale sam fakt, że moja koleżanka ma szczęście będąc w ogóle  w związku z mężczyzną. Nie mogę znieść w nocy uczucia, że razem się kąpią(widzą siebie nago). Zaczynam porównywać się, że ja nawet się nie całowałam, nie przytulałam a oni na takim stadium już są. Mieszkanie z nimi mnie wykańcza psychicznie, chodzę ciągle sfrustrowana i zła. Gdy wracam do domu rodzinnego odczuwam błogą ulgę i szczęście, ale gdy mam wrócić na stancję dopada mnie stres, że muszę tam wytrzymać i patrzeć jacy są szczęśliwi.

    Ostatnio jestem strasznie wrażliwa na małżeństwa. Odczuwam potrzebę założenia rodziny w tym momencie, chciałabym zajść w ciąże i zaprowadzać dziecko do szkoły. Ale trzeba znaleźć pracę a przede wszystkim faceta. I koło się

    zamyka...

    Nie chce szukać na siłę, ale moje myśli właśnie sugerują, że właśnie tej miłości pragnę. Nie potrafię przestać, ciężko mi jest zapomnieć, że jest takie coś jak "miłość".

    Przez stan psychiczny nie potrafię się uczyć. Nie wiem czy wmawiam sobie, że anglistyka to nie dla mnie, czy po prostu jestem zbyt leniwa. Co mam zrobić? Jeśli terapeuta to jak się przemóc, nie potrafiłabym wydusić z siebie ani jednego słowa - mogłabym pokazać jej jedynie ten post, bo przekaz pisemny bardziej jest znośny niż słowny. Byłby bełkot, jąkanie i ściszony głos. Mam naturalnie cichutki głos i to też mój kompleks, że nie mogę go odpowiednio nastroić. Ogólnie to nie widzę w sobie zalet, jeśli już to nie dostrzegam je jako wystarczające, żeby być super człowiekiem, za to dużo mam wad.

     

     

    Więc zadaje pytanie jeszcze raz: Jak poukładać sobie życie? Od czego zacząć?

    Nie daje z sobą już rady.

     

    Dziękuję za uwagę,

    Pozdrawiam serdecznie.

     

     

     

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.